Szkatułka pełna Sahelu

Szkatułka pełna Sahelu

Wstęp

Napisanie książki o kulturach Afryki ciągle, po latach, uważam za wyczyn w moim lekarskim życiu. Osoby piszące wiedzą, że napisanie książki to nie to samo, co stworzenie artykułu, ba, całego cyklu felietonów. Ilekroć odbywałem jakieś spotkania z czytelnikami, często podkreślałem pytany, bądź niepytany, że książce poświęciłem cztery lata życia. Powstała dzięki uporowi i systematycznemu, codziennemu dodawaniu krótkiego akapitu, choćby jednego zdania. Pisałem zwykle późnymi wieczorami wtedy, kiedy mój potencjał twórczy był nadwerężony. Walczyłem wtedy ze zmęczeniem, sennością. Pracowałem nad ksiązką wszędzie: w pociągach, samolotach, hotelach, także na urlopach. Najważniejszy był oczywiście początek. Kilka pierwszych zdań książki napisałem w domu rodziców w Starachowicach, kiedy odpoczywałem po trudach afrykańskiej wędrówki. Kiedy je pisałem, bardziej chyba chciałem wiedzieć jak one zabrzmią, niż pragnąłem już wtedy uruchomić wieloletni proces twórczy. Sam jednak wpadłem w zastawioną przez siebie pułapkę. Wrodzona konsekwencja nie pozwoliła mi tego procesu przerwać. Teraz, po latach, sięgam czasami po swój stary laptop i przypominam sobie emocje, jakie mi wówczas towarzyszyły.  

Tekst na okładce książki

Kiedy w 2007 roku przemierzałem Sahel, nie przypuszczałem, że historię tej podróży pozna ktoś jeszcze poza moją rodziną i garstką przyjaciół. Nie była to moja ani pierwsza, ani ostatnia wyprawa do Czarnej Afryki. Jestem przekonany, że wiele innych zasługiwałoby na osobną relację. "Szkatułka.", choć opowiada o podróży, nie jest wyłącznie książką podróżniczą, jest wędrówką w głąb kultury i historii Sahelu. Dlaczego tę książkę napisałem? Przede wszystkim dlatego, że Afryka i jej dziedzictwo nie są w Polsce znane. Nie pamiętamy, że na południe od Sahary rozwijały się wielkie i silne twory państwowe, rozkwitały cywilizacje. Nie wiemy, jak ważny dla historii świata był rozwój myśli naukowej w uniwersyteckim mieście Timbuktu, jak znaczący dla losów kontynentu był handel transsaharyjski, architektura glinianych domów, rozwój muzyki tradycyjnej. Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na Sahel i dokonania tej krainy. Pragnę przypomnieć historię europejskich wypraw. Dziś lepiej rozumiem pierwszych eksploratorów. Afryka musiała ich kusić i fascynować, tak jak zafascynowała mnie dwieście lat później.

Słowo od Redakcji Bezdroża (listopad 2012)

Szkatułka pełna Sahelu. Subsaharyjska ballada.
 Wydawnictwa Bezdroża – słowo od Redakcji – listopad 2012

Opowieść o podróży przez afrykański Sahel, jedną z najmniej przyjaznych człowiekowi połaci ziemi. To piękna monografia o kilku plemionach, które autor spotyka na swojej drodze i które przyjmują go z właściwą dla siebie gościnnością dzielą się z nim swoim "życiem", zwyczajami, codziennymi czynnościami. Książka, dla wszystkich, którzy Afryką się fascynują, a także dla tych, którzy chcą wybrać się w podróż, w niezbadane zakątki afrykańskiej ziemi.

Spotkania z czytelnikami: Starachowice, Hotel Sheraton, 30 listopada 2012

2. Festiwal Na styku kultur 23 lutego 2013, Łódź
3. Miejska Biblioteka Publiczna, 28 czerwca 2013, Radom
4. Dwór Artusa Toruń 12 lutego 2014
5. Wojewódzka Biblioteka Publiczna Kielce – 26 lutego 2015
6. Miejska Biblioteka Publiczna Starachowice 27 lutego 2015
7. Małopolskie Centrum Dźwięku i Słowa Niepołomice 11 czerwca 2015
8. Klub podróżników Atlantyda – Kraków 29 listopada 2015
9. Klubokawiarnia Tam i z powrotem, Warszawa 25 listopada 2016
10. Biblioteka pedagogiczna Starachowice 8 czerwca 2019
11. Muzeum Pamiątek Regionalnych Jagodne 9 czerwca 2019

Fragment książki

Fragment książki „Szkatułka pełna Sahelu” – wybór tekstu według onet.pl
(...) Podróż do Timbuktu była luksusem w porównaniu z tym, czego podejmuję się, jadąc na północ. Tu nie ma już żadnego trwałego szlaku, jedynie koleiny, które mógł wyznaczyć jeden lub dwa przejeżdżające w ostatnich tygodniach samochody. Pilot jest na tym terenie ważniejszy od kierowcy. To on decyduje, którędy jechać, którą wydmę pokonać, jaki obrać kierunek. Pustynia w promieniach popołudniowego słońca prezentuje się po prostu pięknie. Nie mogę oderwać oczu od jej architektury. Wydmy tworzą kopce czystego, połyskującego złotem piasku. Samochód wspina się na nie, przeskakuje wierzchołek, a następnie spada w dół kilka metrów, wgryzając się kołami w miękkie podłoże. Po paru chwilach atakuje następny kopiec.

Trzydzieści pięć kilometrów dzielące Timbuktu od wioski Agouni, pokonujemy bardzo powoli. Mijają godziny wypełnione wyciem silnika, podskokami w kabinie, gorączkowym łapaniem równowagi. Tracimy też czas na postoje. Jeśli już zatrzymujemy się, to po to, żeby Ahmed mógł dokładnie zbadać teren. Czekamy wtedy z kierowcą, co powie.

Nie ma tu tablic ani drogowskazów. Wybrzuszone dywany piasku zdobią tylko drobne kępki zieleni. Ahmed sprawdza kierunek wiatru i grubość ziaren piasku, czasem rozmawia z kimś, kto niespodziewanie pojawił się obok nas. Zdarza się, że za radą napotkanego wycofujemy się, zmieniamy kierunek.

Osady ciągle nie widać. Napotykamy za to ciężarówkę wypełnioną po brzegi workami z towarem. Krząta się wokół niej kilkunastu mężczyzn. Ciężarówka utknęła po osie w piasku. Nie sposób jej ruszyć. Siły mężczyzn są niewystarczające. Nawet nie proszą o pomoc w dźwignięciu samochodu, jedynie o wodę. Dajemy im płaskie metalowe naczynie, a oni piją łapczywie. Zgromadzeni przy ciężarówce nie są Tuaregami. Zauważyłem, że Ahmed przeszedł bez trudu z języka tamaszek na arabski.

- To Berberowie z Sahary Zachodniej - wyjaśnia. - Jadą na targ ze zbożem. Ciężarówka zakopała się w piachu i stoją od wczoraj. Jeśli nie zdejmą z niej setek worków zboża, nie ruszą dalej. Nie mamy jednak czasu, by im pomóc. Musimy pokonać jeszcze kilkanaście kilometrów, a to tutaj szmat drogi.

Pustynia nagle szarzeje, staje się bardziej posępna. A może to nadchodzący zmrok sprawia, że wszystko nabiera ciemniejszych barw. Czuję, że nie dotrzemy do osady przed zachodem słońca. Ahmed mnie uspokaja:

- Za parę minut ujrzysz zabudowania.

Rzeczywiście, na horyzoncie, w morzu piaskowych stożków pojawia się coś, co przypomina domy. Wkrótce widzę już budynki, pojawia się gaj palmowy, połyskuje kopuła meczetu. Zatrzymujemy się w samym środku osady, na dużym piaszczystym placu. Wokół stoi kilkanaście glinianych chat i kilka namiotów. Można by sądzić, że mieszka tu niewielu ludzi, ale oto wita nas rój mężczyzn i młodych chłopców. Przybycie gości o tej porze to dla nich wydarzenie.

Rozmowa między przewodnikiem a gospodarzami toczy się wartko. Nie ulega wątpliwości, że należą do tej samej rodziny. Zgromadzeni często spoglądają na mnie. Czuję, że ciekawi ich moje ubranie i zawartość plecaka. Chcą wiedzieć, czy zostanę na noc. Mówią coś do mnie. Gdybym nawet rozumiał ich słowa, byłoby mi trudno prowadzić dialog. Cóż to za dziwne uczucie nie widzieć ust człowieka, z którym się rozmawia…

Już kiedyś go doświadczyłem, w Jemenie. Nauczyciel angielskiego, poznany przypadkowo na ulicy, poprosił, żebym poprowadził część zajęć na uniwersytecie. Byłem zaskoczony, że wszystko dzieje się tak szybko. W ciągu kilku chwil przeszedłem przez główną bramę uczelni i stanąłem niespodziewanie przed grupą kilkunastu młodych kobiet. Rozmawiały ze mną zza zasłon zakrywających ich twarze.

Słyszałem głosy, ale nie wiedziałem, w czyich ustach powstają. Było w tym coś tajemniczego i przewrotnego zarazem. Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, jak ważna jest możliwość patrzenia na usta kogoś, z kim się rozmawia. Jak ważna i naturalna jest to potrzeba. Wioska tuareska przypomina mi o tamtych emocjach. Również tutaj widzę jedynie oczy moich rozmówców i słyszę wypowiadane słowa.

- Nie dziw się - mówi Ahmed. - Tuaregowie w sytuacjach oficjalnych nigdy nie zdejmują tagelmustu. Nawet kiedy witają przybysza, wypowiadają słowa powitania zza zwojów bawełny. Wyjątkiem jest posiłek. Wtedy odsłaniają na chwilę usta, by czegoś skosztować, a kiedy pokarm znajdzie się w jamie ustnej, ponownie je zakrywają.

Tuareg nie pokazuje swojej twarzy nikomu, kto jest obcy i kto stoi wyżej w hierarchii społecznej. To oznaka szacunku. Zasłonę wolno mu zdjąć jedynie w domu, w obecności najbliższych.

- A tagelmust ma jakąś symbolikę, związek z wiarą?

- Tak, ale powoli się o tym zapomina. Dawno temu panowało przekonanie, że gruba tkanina przesłaniająca nos i usta chroni przed złymi duchami i zapewnia jej właścicielowi dobre zdrowie.

- Z tym ostatnim należy się zgodzić. Przecież zasłona zatrzymuje kilogramy piachu i pyłu, które z pewnością wniknęłyby do nosa i ust mężczyzny, gdyby jej nie nosił. Ale dlaczego wszyscy tutaj są tak elegancko ubrani? Czy to z okazji naszego przyjazdu?

- Nie, nic o tym nie wiedzieli. Dzisiaj w wiosce odbywa się ceremonia ślubna, dlatego mężczyźni w większości założyli stroje w kolorze indygo. Ale ci, którzy nas witają, to szeregowcy w strukturze wioski. Jeśli rozejrzysz się wkoło, zauważysz też takich, którzy noszą ubrania czarne i brązowe - to szefowie noszący się najbardziej dostojnie.

Obchodzimy wioskę wolnym krokiem. Obok podąża gromada, która nas przywitała. Wskazują najważniejsze obiekty: meczet, studnię, szkołę. Robi się już tak ciemno, że nie sposób dostrzec szczegółów. Gdzieś nieopodal młoda para celebruje kolejny dzień zaślubin. Z namiotu dobiegają głosy biesiadników, ktoś podśpiewuje, ktoś bije w bęben. Do jego rytmu dopasowują się nawet zwierzęta: pobekujące kozy, chrząkające wielbłądy.

- To kolejny dzień uroczystości. Dziś bawią się już tylko rodziny małżonków i ich najbliżsi przyjaciele - wyjaśnia Ahmed. - Ceremonia trwa z reguły tydzień i odbywa się w namiocie rozbitym specjalnie na tę okazję.

- Rozumiem, że jesteśmy zaproszeni. Chętnie bym poznał młodą parę - zagajam.

- Może dałoby się tam wejść, ale pamiętaj, że będzie trudno wrócić. Dzisiaj zresztą nic niezwykłego się tam nie dzieje. Najciekawsze są przygotowania: zaplatanie włosów panny młodej w warkoczyki, nakładanie henny na skórę pana młodego.

- Henny? - Dziwię się. - W jakim celu?

- O, to długa tradycja - odpowiada mój przewodnik. - Jeśli mężczyzna poślubia kobietę po raz pierwszy, jego dłonie i stopy musi pokryć warstwa henny. Ma to symbolizować czystość i płodność. Żeby henna trwale wprasowała się w skórę, papkę z roślin pokrywa się kawałkami folii i wiąże liśćmi palmy. Przede wszystkim to powinieneś zobaczyć. Ale dzisiaj oni już tylko się bawią, tańczą, śpiewają.

Gdybyśmy poczekali, może zobaczylibyśmy, jak wychodzą z namiotu, by tańczyć zarraf, narodowy taniec Tuaregów. Przeważnie tańczą kobiety, gdyż to one inicjują zabawę. W zarraf ludzie zbliżają się do siebie, tworząc rodzaj ciasnego koła. Kobiety potrząsają ramionami, barkami, gorsami, przerzucają włosy z jednej strony na drugą, unoszą suknie.

Zarraf to eksplozja emocji, ekspresja ducha i ciała. Na pewno jednak nie zaczną tak tańczyć wcześniej niż o pierwszej w nocy. Teraz by się tego wstydziły. Ciekawy w uroczystościach weselnych jest jeszcze sam namiot, symbol udanego małżeństwa. Wznosi go panna młoda i żeńska część rodziny.

Każdego dnia uroczystości namiot jest rozbierany i stawiany na nowo. Za każdym razem ma być większy - symbolizuje to rozwój rodziny i pomnażanie jej dobytku. Więcej nic ciekawego tu nie zobaczysz. - Mój przewodnik trochę bagatelizuje uroczystość.

- A ile lat mają nowożeńcy?

- Kobieta ma szesnaście, a mężczyzna kilka lat więcej. Są bardzo młodzi, ale zdarzają się jeszcze młodsze pary. Pamiętaj, że w tradycji Tuaregów kobieta, która zaczyna miesiączkować, jest uznawana za gotową do małżeństwa. Dziwnym trafem jakoś wszyscy się o tym dowiadują. Do takiej kobiety zaczynają przychodzić mężczyźni starający się o jej rękę. Stanie się kobietą czy mężczyzną w społeczeństwie Tuaregów bardzo nobilituje.

- A jak chłopiec staje się mężczyzną? - pytam. - Wiem, jak to się dzieje u Dogonów, a u was?

- U nas trzeba tylko wyruszyć z karawaną. Najlepiej, żeby chłopiec dotarł z nią aż do Taoudenni i stamtąd powrócił. To naprawdę duże wyzwanie: trzeba wędrować po dziesięć, dwanaście godzin, podołać trudom marszu, załadunku i rozładunku towarów, wytrzymać skwar. Dopiero po powrocie z takiej wyprawy chłopiec może uważać się za mężczyznę. Znaczenie ma tu raczej siła i wytrzymałość, a nie konkretny wiek.

Chwilę później siedzimy już w samochodzie. Trochę znudzony kierowca, który przez cały czas wizyty w wiosce nie wychodził z kabiny, uruchamia silnik. Znów przedzieramy się przez pustynię, która w świetle reflektorów samochodowych wydaje się groźna i odpychająca. Znów mijamy uwięzioną w piachu ciężarówkę i ludzi pracujących przy jej rozładunku. Już prawie połowa towaru leży na piasku.

Mężczyźni podłożyli pod koła deski i próbują wydobyć pojazd z pułapki. Mimo że jest już grubo po północy, krzątają się wokół niego, coś ustawiają, pokrzykują. Jeden z nich podbiegł do auta od mojej strony:

- Hola, como estas? - krzyknął.

Jestem zupełnie zaskoczony. To chyba pierwszy człowiek, z jakim w Afryce rozmawiam po hiszpańsku. Pochodzi z Sahary Zachodniej.

- Dlaczego tu przybyłeś? - pytam.

- Nająłem się do transportu zboża w Chinguetti w Mauretanii. Mogę za to dostać nawet sto dolarów.

- A nie przyszło wam do głowy, że tą ciężarówką nie przejedziecie pustyni?

- Z początku szło nieźle - mówi. - Kierowca musiał popełnić jakiś błąd.

- Jak długo jesteście w podróży?

- Prawie tydzień. Gdybyśmy tu nie utknęli, już wczoraj bylibyśmy w Timbuktu.

Daję mu butelkę wody. Nie mam czasu na dłuższą rozmowę, Ahmed ponagla. Zostawiamy ich w mrokach nocy.

Scroll Up
secretcats.pl - tworzenie stron internetowych